Stanęłam
ze spuszczoną głową. Żelazne drzwi zatrzasnęły się za mną z
metalicznym hukiem. Ból głowy, ból jaźni... ciemność. I brak
wyjścia.
Całkowita bezradność, jaka ogarnęła moje myśli oplotła mnie lepką
pajęczą nicią. Zadanie, z jakim mnie wysłano zakrawało na
niewykonalne. Osądzić Boga? W jaki sposób?
Jeden już próbował i stanąwszy z Wszechmocą w szranki ugiął się i
ledwo słyszalnym szeptem wyznał:
- Odwołuję moje słowa i kajam się w prochu i popiele...
Czy mnie też to czeka? Dlaczego więc pokusiłam się na tę z góry
przegraną batalię?
Może... chciałam na własne oczy zobaczyć to, czego śmiertelnikowi
nie godzi się ujrzeć? Osiągnąć to, co uczyniłoby moje życie
spełnionym? Jeśli tak, to nie powiodło mi się. Bo zewsząd
ogarniała mnie tylko cisza i mrok.
- Halo! Jest tu kto? - odważyłam się wreszcie zawołać. Zawołać?
Nie, raczej wychrypieć, tak miałam zaciśnięte gardło.
Nic. Cisza. I mrok jakby gęściejszy. Zaczęłam się bać. Odwróciłam
się w stronę drzwi i pobiegłam mając nadzieję, że wkrótce natknę
się na wyjście, ewentualnie jakąś ścianę. Ogarniała mnie panika,
bo nie było nic. Jedyna pewność to podłoga i mrok. Zatrzymałam
się. Usiadłam i postanowiłam czekać.
- Czy jest to Twoja metoda pokonania przeciwnika? - zawołałam w
desperacji. - Ogarnąć lękiem, pokazać mu jego małość, dobić? Jakaż
to moc Boża?
- Co tu robisz, człowieku - doszło mnie słowo. Zaskoczona
rozejrzałam się, głos rozlegał się zewsząd, ale bez konkretnego
źródła. Przypuszczam, że bardziej go było słychać w mojej głowie,
niż obok mnie.
- Jestem... - zawahałam się - przyszłam, bo wysłano mnie z
poleceniem osądzenia Cię, Boże.
- Aby mnie osądzić, musisz mnie poznać - Głos odbił się echem i
wypełnił mnie jakimś dziwnym uczuciem zagłębiania się w
przejmującej zimnem toni.
- Czy znasz mnie?
Zastanowiłam się. Czy znam Boga? Czy ktokolwiek na ziemi może
powiedzieć, że Go zna? Ale przecież ci, którzy mnie wysłali tak
wiele o Nim mówili. Wydawało się, że znają Boga na wylot, że
potrafią nawet przewidzieć Jego poczynania w przyszłości.
- Mówiono o Tobie, że jesteś dobry, a jednocześnie okrutny. Że
zachowujesz przy życiu, ale i tego życia pozbawiasz. Chronisz
przed złem, pozwalając mu jednak panować. Że zamykasz oczy na
obozy koncentracyjne, odwracasz się tyłem, gdy głodne dzieci
wyciągają do Ciebie wychudzone rączki...
Lista żali, jakie wysłannicy przedstawili była długa. Zbyt długa.
W miarę wypowiadania ich, gasł mój buntowniczy nastrój. Jakaś
pustka tworzyła się w mym umyśle, jakby wypowiadane słowa
odchodziły zabierając ze sobą sens i cel mojej misji. Wyczerpana
zamilkłam.
- To wszystko?
Wiedziałam, że to nie wszystko. Ale postanowiłam ograniczyć się do
tego, co już powiedziałam. Czekałam teraz na odpowiedź,
jakakolwiek by ona była.
Naraz w ciemności zamigotała delikatna poświata, która dotąd
nasilała się, aż mrok ogarniający mnie zewsząd ustąpił szarej
jasności wieczoru. Byłam u podnóża skalistego wzniesienia. Zimny
powiew poruszał rachitycznymi kępami traw. Wzdrygnęłam się. Było
pusto i cicho, jakby przeszedł niedawno tędy jakiś kataklizm.
Rozejrzałam się. Na lewo za rozległym zagajnikiem rozciągała się
panorama jakiegoś miasta. Wśród szarych budynków wyróżniała się
swoją bielą i ogromem prostokątna budowla. Zachodzące słońce
migotało w złoceniach, jakimi była ozdobiona. Gdzie ja jestem? Co
to za miasto i co to za wzgórze?
Szmer głosów dobiegł mnie z góry. Obejrzałam się i zobaczyłam
schodzących po wijącej się, udeptanej ścieżce ludzi. Chciałam
zagadnąć ich, ale rozmawiali w jakimś obcym języku. Widać było w
ich gestach i zachowaniu wielkie poruszenie. Wstałam i ruszyłam w
górę, aby odkryć przyczynę ich wzburzenia. Zza wzniesienia wyłonił
się wstrząsający widok. Trzy poskręcane w agonii ciała zawisłe na
drewnianych belach krzyży. Czy to...? Znieruchomiałam w
zaskoczeniu. Obraz, jaki towarzyszył mi od dzieciństwa teraz
uderzył mnie surowością i okrutną rzeczywistością. Więc to tak
wyglądało... nagi korpus posiniaczony i brudny, paskudna rana w
boku i czarne, zakrzepłe plamy krwi. On. W całej hańbie umęczonego
człowieczeństwa. Podeszłam, by zobaczyć Jego twarz, by zobaczyć,
do jakiego stopnia może doprowadzić cierpienie. Chciałam to
ujrzeć, a jednocześnie bałam się tego. Bałam się oblicza śmierci,
bałam się, że nie będę umiała odpowiedzieć na pytanie, które -
wiedziałam - na pewno mi postawią.
- Jezusie - wyszeptałam.
Wiatr przysłaniał czarnymi pozlepianymi krwią włosami wychudzone
policzki. Cień kładł się smugami na opuszczoną głowę, ale twarz
nie była ciemna, wręcz odwrotnie -jasna w swoim śmiertelnym
spokoju.
"Zraniony i opuszczony, mąż boleści...' - dobiegły mnie z mroków
pamięci słowa proroka Izajasza - ...a myśmy mniemali, że od Boga
zbity i zraniony. A On za występki nasze...'
- Jak to, Boże! - wykrzyknęłam opierając czoło o szorstkie drewno.
- Przecież to Twój SYN... czemu Go opuściłeś? Pozwoliłeś na takie
cierpienie? Tak jesteś nieczuły? Czy po to, by Tobie się spodobać
musiał przeżyć taki ból? Nie mogłeś odpuścić, przebaczyć?
Nagle zrozumiałam. To nie Bóg. Nie Ojciec, ale JA ze swoim tupetem
i racją zawiesiłam Go na krzyżu. A On zgodził się na to, by już
więcej nie było cierpienia, bólu i śmierci. Aby każdemu, który
przyjdzie, by rzucić w twarz Jego Ojcu gorycz ludzkiej bezradności
pokazać swoje przebite dłonie i powiedzieć:
- Kocham cię. Nie musiałem walczyć o ciebie, ale zrobiłem to. I
wygrałem. A teraz osądź moje postępowanie i ból mojego Ojca, który
wiedział, na co wystawia mnie Jego i Moja miłość. Gdyby ludzie
poznali mnie nie byłoby na ziemi nienawiści i okrucieństwa, które
dyktuje zły. Już niedługo skończy się zło. Zwyciężyłem. Przyjmij
proszę moje zwycięstwo...
Zamknęłam oczy, a kiedy ponownie je otworzyłam zobaczyłam przed
sobą drzwi, wysokie, drewniane z metalowymi okuciami. Nacisnęłam
klamkę.
- Czy już mnie osądziłaś? - dobiegł mnie cichy, poważny głos.
Zatrzymałam się na chwilkę, a potem zdecydowanie pchnęłam drzwi.
Tak. Teraz już wiem, że nie wszyscy przyjmą taką ocenę Boga, mnie
ona wystarczyła. Bo sąd już się odbył.
Na Golgocie.
beata bażant